© 2019 by sagaj. all rights reserved.

January 22, 2017

January 10, 2017

December 13, 2016

December 11, 2016

Please reload

Ostatnie posty

jestem Gareg, z Lachestanu

December 6, 2016

1/1
Please reload

Wyróżnione posty

szejk it bejbe, szejk it

December 13, 2016

Podejście do lądowanie w Dubaju było przeżyciem już samym w sobie. Pilot wcześniej zaznaczył, że będziemy lądować w godzinach szczytu na dubajskim lotnisku czyli po 23ej. Musieliśmy krążyć trochę nad sławną Cieśniną Ormuz, aż nadeszła nasza kolei. Dlaczego sławną? Bo przez tę cieśninę przepływa rocznie 20% światowego wydobycia ropy, a 35% tegoż wydobycia transportowanego drogą morską. Jest to jedyna droga z Zatoki Perskiej na otwarte morze. Cieśnina w najwęższym miejscu ma trochę ponad 50km. Na północy leży Iran, a na południu Oman i Zjednoczone Emiraty Arabskie. Wielokrotnie już irański reżim groził, że zablokuje cieśninę i zdemoluje światowy rynek ropy. Podobno wystarczy do tego 50 min morskich. Dlatego też statki floty amerykańskiej wciąż krążą w pobliżu i pilnują żeby coś takiego się nie wydarzyło.  A my wraz z kilkunastoma jak nie więcej samolotami pasażerskimi krążyliśmy sobie nad nimi :-) W końcu kapitan dał znak, że schodzimy do lądowania. Podchodziliśmy do niego ustawieni w kolejkę najpierw lecąc wzdłuż lotniska, a potem dopiero zawracając by wylądować. Pierwszy raz widziałem coś takiego. Patrząc przez okno, widziałem samoloty podchodzące do lądowania jeden za drugim, w odstępach kilkusekundowych. Jak ci goście z kontroli lotu to ogarniają i nie przekręcają się z nerwów tego nie wiem :-) Lotnisko w Dubaju jest największym na świecie lotniskiem jeżeli chodzi o ruch międzynarodowy, a trzecim jeżeli chodzi o liczbę pasażerów w ogóle. A do tego operuje tylko na dwóch pasach. 78 mln pasażerów i ponad 400 tys. operacji lotniczych rocznie. Szok. Lotnisko w Radomiu to to nie jest :-) Byłem pod wrażeniem. Nie pierwszy raz w tej podróży i na pewno nie ostatni. W Iranie dziwiły mnie inne rzeczy, w Dubaju natomiast czekały na mnie cuda łamiące dotychczasowe bariery technologiczne. Wszystko tu jest monumentalne. Od lotniska począwszy.

 

Po wylądowaniu wiadomo, standard: odprawa paszportowa. Tylko urzędnicy tak ładnie ubrani :-) w swoje białe dishdashe i chusty na głowach (keffiyeh). Przyznam, że przemawia to do mojego poczucia estetyki. Powiem więcej. Kobiety ubrane w abaye czyli długie czarne suknie i hijab na głowie idące ze swoim mężem ubranym na biało idealnie się komponują. Biało-czarni. Klasyczni. Nie wiem czy też bym tam się tak nie ubierał gdybym mieszkał na stałe :-) Pan w bieli zapytał tylko czy jestem rezydentem, a gdy powiedziałem, że nie to wbił pieczątkę do paszportu i powiedział: no to masz trzy miesiące :-) Polska jak i reszta UE ma ten przywilej, że wizy do ZEA mamy za darmo i od ręki na lotnisku. Ważne pół roku i w tym czasie możemy przebywać tam 90 dni łącznie.  Ja miałem zamiar być tylko trzy. No dobra, formalności paszportowe załatwione, bagaż odebrany, czas na wynajem samochodu. Podobno nie trzeba tego robić, bo Dubaj ma super dobre rozwiązania jeżeli chodzi o transport publiczny. Tramwaje, autobusy, metro. Ale ja zastanawiałem się czy nie skoczę do Omanu lub Abu Dhabi na jeden dzień. A poza tym miałem ochotę pojeździć sobie po tym mieście i tyle :-) Popatrzyłem na swoją rezerwację i okazało się, że muszę iść do Terminalu 1, a byłem w dwójce. Pytam się więc gdzie tu T1 i jak tam się dostać. Uuuu, to całkiem z innej strony lotniska i podobno tylko taksówką. Hmmm. No dobra. Kasy nie mam w gotówce więc musiałem znaleźć taxi, która przyjmuje karty i będzie mnie chciała zabrać tylko na drugą stronę lotniska. O dziwo znalazła się szybko. Prywatna, nieoznakowana. 10 minutowa przejażdżka kosztowała mnie 50 AED czyli jakieś 60zł. Wypożyczalnia jakaś tania. Diamond Leasing. Za małe Mitsubishi zażyczyli sobie 250 zł za trzy dni. Plus oczywiście 50AED opłaty za serwis na lotnisku! 1000 AED depozytu. Pan mnie też poinformował, że będę przejeżdżał przez płatne bramki na autostradzie i za każdy przejazd będzie mi naliczana opłata w kwocie 5AED, którą oni sobie odliczą później od depozytu. Nooooo dobra. Zachciało mi się samochodu :-P Nic to, czas w drogę. Mój niebieski minicar podjechał, wsiadłem i ruszyłem w nieznane. Znaczy się adres znałem. Jechałem do Mariny. Do Ani i Przemka, których osobiście nie znałem. Ale kilka tygodni wcześniej patrząc na ceny hoteli w Dubaju stwierdziłem, że to nie na moją kieszeń. Trzy dni w Dubaju kosztowałoby mnie więcej niż miesiąc w Indiach. Napisałem więc na fejsbukowej grupie Polacy w Dubaju zapytanie czy ktoś przygarnie biednego fotografa na trzy noce. Odezwało się kilka osób. Np. menadżer w hotelu, który za nocleg chciał abym mu porobił zdjęcia pokoi hotelowych. Wybrałem jednak Anię, która potrzebowała po prostu kilku swoich zdjęć do portfolio. Osobiście wolę przebywać w domach prywatnych podróżując, bo w ten sposób można się więcej dowiedzieć o życiu codziennym „tubylców”. Hotel to jednak obce miejsce, wszędzie na świecie podobne. Tak więc ja jechałem do moich „tubylców”. Była 1 w nocy. Ania napisała mi wcześniej, że się rozchorowała kilka dni temu i pewnie będzie spała, ale Przemek będzie na mnie czekał. Jechało się cudownie pustą drogą Sheikha Zayeda, 6 pasów czasem 8. I to mnie chyba zgubiło. Limit prędkości na Sheikhu w obrębie Dubaju to 100km/h, ja jechałem moim bolidem w granicach  120km/h bo mi się co jakiś czas lampka w samochodzie zaświecała, że przekraczam właśnie rzeczone 120. Wtedy zwalniałem. Niestety dwa razy wydawało mi się, że coś mi błysnęło. I nie wiem czy to na mnie czy na kogoś innego :-( Przemek mi później wytłumaczył, że radary robią zdjęcia dopiero gdy się przekroczy prędkość o 20km/h. Niby jechałem wciąż na granicy, ale może akurat było 121? Nie wiem. Dowiem się za kilka dni jak mnie wypożyczalnia rozliczy. Jedno błyśnięcie może mnie kosztować 650 zł. :-( Kolejny problem: parking! W okolicy Pinnacle Marina wszystko pozajmowane. Przemek zszedł do mnie na dół żeby mi pomóc znaleźć jakieś miejsce. Udało się w dosyć sporej odległości od miejsca gdzie mieszkali, na tyłach jakiegoś hotelu czy też klubu. W nocy darmowy, w dzień płatny. Fajnie, bo można zapłacić sms’em, a nie schodzić co chwile i dopłacać. Tylko trzeba sobie zrobić zdjęcie tabliczki z numerem, na który trzeba wysłać wiadomość.

 

Droga do domu zabrała nam jakieś 10 minut. Miałem mieszkać na 36 piętrze budynku, który miał 60 pięter. Nice. Apartament składał się z salonu, sypialni, kuchni, łazienki i ubikacji. I miał balkon. Ja miałem spać w salonie na rozkładanej kanapie. Miejsca było na niej tyle, że trzy osoby by się zmieściły :-) Oczywiście pierwsze co to poszedłem na balkon. Widok był boski. Co prawda inne wieżowce zasłaniały zarówno pełny widok na morze jak i na Dubai Downtown, ale i tak robił wrażenie. Balkon był cały zakurzony. Od piachu. W końcu jesteśmy na pustyni. Obok na balkonie zaczęły na mnie szczekać dwa psy. Te tutaj to muszą być biedne. Była prawie druga w nocy, czas w końcu było iść spać.

 

Obudziłem się rano wyspany. Pierwszy raz od dłuższego czasu. Przemek poszedł do pracy, a Ania wciąż spała. Zdążyłem się jeszcze wykąpać zanim wstała. Chwilkę pogadaliśmy. Ania z Przemkiem pochodzą z Trójmiasta. Są w Dubaju od marca. On pracuje w korpo, a Ania w czymś co zajmuje się promocją Dubaju. Dzięki temu Ania miała trochę wiedzy co i gdzie tutaj zobaczyć. Na pierwszy ogień poszedł oczywiście Dubai Mall i Burj Khalifa. No bo co innego? ;-) O 12tej się zebrałem i poszedłem po samochód. Zapomniałem, że nie zapłaciłem za parking. No i znalazłem mandat za wycieraczką. 150AED. Super. Zachciało mi się samochodu. Nic to! Jedziemy. Do Dubai Mall’u dotarłem bez kłopotów. Google pomógł. Dobrze, że sobie zrobiłem zdjęcia kodu parkingu na którym zostawiłem samochód. Podobno są ludzie którzy tutaj swoje samochody zgubili. Albo zapomnieli, że je zostawili. Ania opowiedziała mi historię swojego szefa, który szukał ekskluzywnego samochodu dla siebie. Na dubajskim allegro znalazł ferrari w cenie jak z kosmosu. Znaczy się nie taka wysoka tylko taka niska. Zadzwonił do gościa i się pyta czy ten samochód jest po wypadku. Nie! To może silnik ma zepsuty? Nie! No to o co chodzi? O nic! Proszę przyjechać i obejrzeć samochód i sam się pan przekona. Okazało się, że Arab dostał jakiś czas temu telefon z parkingu, że zalega z opłatami za parking już kilkadziesiąt tysięcy AED. On na to: jaki parking? No ten, na którym zostawił Pan swoje Ferrari! Jakie Ferrari? Ja nie przypominam sobie, że miałem jakieś Ferrari! Niestety samochód jest na pana zarejestrowany. Pojechał w końcu zobaczyć i rzeczywiście przypomniał sobie, że miał kiedyś coś takiego, ale całkowicie o tym zapomniał. Nie chcąc płacić za parking po prostu wystawił samochód na sprzedaż. Po okazyjnej cenie. I tak szef Ani stał się posiadaczem luksusowego samochodu za marne pieniądze. To tylko w Dubaju ;-) Ja o moim nie mogłem zapomnieć. Więc zdjęcie zrobiłem i zaszyłem się na kilka godzin w uliczki centrum handlowego. Takiego międzynarodowego towarzystwa nie widziałem nigdzie. Tu było wszystko. Każda nacja, każda rasa. Wszystko to wymieszane, mówiące po angielsku. Przemek powiedział mi, że jak przyjechał tutaj to chciał się uczyć arabskiego. Zrezygnował jednak szybko. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich żyje ponad 9mln ludzi. Z czego tylko 1.4 mln to Emiratczycy. Reszta to rezydenci. Jedynym językiem, który tutaj tak naprawdę jest konieczny jest angielski. Inaczej się nie dogadasz. Najlepsze jest to, że ok 40% populacji stanowią przybysze z Indii, Pakistanu i Bangladeszu. Dużo też jest Filipińczyków. Wskaźnik migracji wynosi ponad 20 co jest światowym rekordem. Expatów z krajów zachodu jest ok. 800 tys. Multikulti pod nadzorem Arabów :-) Czułem się wśród tej różnorodności dobrze. Chodząc w krótkich spodenkach i krótkim rękawie. Co niby też jest sprzeczne z dress codem w państwach islamskich. Ale Emiraty żyją z turystów, sugerują bardziej niż nakazują jak powinnaś czy powinieneś się ubierać. A co sobie myślą w swoich głowach to już ich. Widziałem więc kobiety, którym widoczne były tylko oczy spod czarnego materiału jak też i laski w tak krótkich spódniczkach i tak wysokich szpilkach, że aż mi to przeszkadzało. Oczywiście można się ubrać gdzieś pomiędzy, a nie wpadać w skrajności :-) Przechadzając się po mall’u natknąłem się na dziewczynę, której inna robiła zdjęcia. Dla mnie wyglądała ok w swojej szarej sukience. Widocznie dla biało ubranego Emiratczyka też, bo podszedł i zaczął zagadywać. Hihi haha. Ania opowiedziała mi o swojej znajomej Rosjance, do której kiedyś podszedł „sheikh”. Powiedział jej, że bardzo mu się podoba i chciałby, żeby została jego żoną. Ile by chciała za to? Ona się zaśmiała i powiedziała, że 15tys AED tygodniowo. To jakieś 17 tys. złotych. Znaczy miesięczna pensja miała wynosić około 70tys złotych. On powiedział ok. Następnego dnia zjawił się pod jej domem wraz ze świtą. Ona zdziwiona o co chodzi, a on że przecież ślub biorą ;-) Ona, że myślała, że to żarty, a on że on nigdy nie żartuje z takich rzeczy. Pochodzi z Arabii Saudyjskiej i ma już tam żony, ale ma ochotę mieć jeszcze jedną, europejską. Taką tylko w Dubaju, dla rozrywki. Pobrali się. Po jakimś czasie jednak Arab miał dosyć swojej rosyjskiej małżonki. Była nieposłuszna, niewierna. Postanowił się rozwieść. Tu jednak wystąpił mały problem. Bo dziewczyna wcale nie chciała tego. Co prawda wg prawa nie ma nic do gadania, bo jak facet chce się rozwieść to ma prawo i tyle. Ona za to żadnych. Jednak przez okres tej znajomości zdołała uzbierać dużo dyskredytujących go zdjęć, filmów i materiałów. Groziła mu, że jeżeli się z nią rozwiedzie to te rzeczy trafią do Arabii Saudyjskiej, a tam nie ma przelewek. Dziewczyna jednak powinna zdawać sobie sprawę, że taki gość, z taką ilością kasy, może w każdej chwili wynająć kogoś żeby ją po cichu wywiózł na pustynie i tam zakopał. Żywcem lub nie :-P Ania powiedziała, że nie słyszała o niej już od jakiegoś czasu więc może się „rozwiedli” w ten czy inny sposób :-P

 

 Będąc w Dubaju, a do tego u stóp najwyższego budynku na świecie wypadało na niego wjechać. Co prawda wjazd na 148 piętro gdzie był ostatni taras widokowy to była kwota dla mnie nie do przyjęcia po wychodziło ponad 600 zł, ale 124 i 125 piętro za 150 zł to już było ok. Niestety bilety w tej cenie były tylko w godzinach już po zachodzie słońca. W trakcie zachodu były o ponad 80 zł droższe. No nic. Zobaczę Dubaj z góry oświetlony sztucznym światłem. Kolejne zdjęcie do kolekcji. Po Empire State Buliding w NYC czy też z Góry Wiktorii w HongKongu. W czasie oczekiwania na windę zagadnął mnie mężczyzna, który stał w kolejce razem ze swoja żoną i córką. Oni po 60tce, córka w okolicach 40tki. Chciał się podzielić wiedzą dotyczącą budowy Burj Khalifa, a szczególnie paneli szklanych umieszczonych na samej górze budynku. Po akcencie wyczułem, że musi być Australijczykiem. Potwierdził. We’re all convicts you know :-) hahaha. Skoro jesteście wszyscy potomkami skazańców to czym zasłużył się Twój pradziadek? Kradł jedzenie. Wsadzili go na statek i wysłali do Australii za to! Fajna rodzinka. Gdy dowiedzieli się, że jestem z Polski to zaśmiali się i powiedzieli, że właśnie lecą do Polski, do Krakowa na święta i nowy rok. Nigdy tam nie byli, ale lubią spędzać ten czas w dziwnych miejscach na ziemi! No tak :-)

Widok z góry mnie troszkę rozczarował. Nie było otwartego tarasu tylko wszystko za szybą. To nie to co lubię najbardziej. Szczególnie, że trudno zdjęcie zrobić w takich warunkach, gdy w szybie odbija się wnętrze i przechodzący ludzie! Nic to! I tak było super. Po zjechaniu na dół poszedłem przed mall, nad jeziorko, gdzie odbywał się właśnie pokaz fontann. Wirowały do jakiejś arabskiej muzyki. Podobny widziałem w Las Vegas tylko tam leciała Viva LasVegas Elvisa Presleya :-) To co mnie bardziej zaskoczyło, wręcz urzekło to to co się zaczęło nagle dziać z BurjKhalifą. Fontanny fontannami, ale jak ci najwyższy budynek świata zacznie mienić się różnymi kolorami i wszystko to odbywa się do muzyki to stoisz jak wryty, a oczy masz szeroko otwarte. To mi się bardzo podobało. The biggest Christmas tree ever!!!! Było już dosyć późno więc postanowiłem wrócić do domu. Samochód znalazłem bez problemu. Byłem z siebie dumny, bo znalazłem też parking pod domem, który wydawał mi się darmowy. Gdy wróciłem do domu akurat Przemek wybierał się pobiegać. Natchniony przez niego postanowiłem, że rano również ja sobie pobiegam. Wokół Mariny i na plaży.

 

Dzień drugi w Dubaju zacząłem tak jak postanowiłem. Biegiem po plaży i wokół Mariny. Bardzo fajne miejsce. Architektura w Dubaju zachwyca, rozwiązanie urbanistyczne, udogodnienia dla mieszkańców. Wszystko jest top class. Nie obyło się też bez porannej kąpieli w Zatoce Perskiej. Woda była idealna. Ani za ciepła, ani za zimna. Podobno w lecie jest tak gorąca, że turyści wolą korzystać z chłodzonych basenów hotelowych. Na szczęście mamy zimę :-P Plan na ten dzień to Abu Dhabi. Oddalone od Dubaju o jakąś godzinę jazdy samochodem. Jest tam wielki meczet zbudowany na cześć Sheika Zayeda, pierwszego przywódcy zjednoczonych emiratów oraz Emirates Palace, który jest najbardziej ekskluzywnym hotelem na świecie. Tak ekskluzywnym, że nie można go nazywać hotelem tylko pałacem. Zdetronizował on inny hotel mieszczący się w sąsiednim Dubaju czyli słynny żagiel, Burj al Arab. W pałacu który można zwiedzić za darmo możemy np. napić się kawy posypanej złotym pyłem. Wcale nie jest taka droga. Jakieś 70 zł. Niestety do Emirates Palace nie dotarłem, bo za długo mi zajęła wizyta w meczecie. A maczet był piękny. Bialusieńki, na tle niebieskiego nieba wyglądał bosko. Wejście na główny dziedziniec było zakazane. Nie dziwiłem się. Posadzka błyszczała od czystości. I to w kraju gdzie piach jest wszędzie. Ale jak się okazało jest na to rozwiązanie. Bierzesz 10 Hindusów, dajesz im mopy i dawaj, jadziem. Tylko mała wysepka na dziedzińcu była dostępna dla zwiedzających. Wytrzymałem na niej dokładnie minutę. Słońce tak dawało, że można się było upiec. Nie dość, że żar lał się z góry to posadzka była jak lustro i odbijała promienie słoneczne. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić mnie z mopem w tych warunkach, przez godzinę myjącego tę posadzkę. A Hindusi ubrani w ciemne rzeczy, oczywiście długie spodnie i długie rękawy, dawali radę!!! Wnętrze meczetu znowu była dla kontrastu totalnie mieniące się kolorami. Ten bliskowschodni przepych, do którego już się przyzwyczaiłem. Wielkie żyrandole, kryształy, złocenia, dywany. Szajba maks jak mówi mój znajomy ;-) Wielkie meczety mają swój urok. Byłem już w wielkich meczetach Istambułu, równie przestronnych w Iranie, to teraz nadszedł czas na ich wersję arabską.

 

 

 

Z Abu Dhabi wróciłem wieczorem do Dubaju. Postanowiłem wpaść z wizytą do Apple Store. Taki mam zwyczaj. Tradycję. W każdym miejscu gdzie jestem, a jest tam Apple Store, to musze go odwiedzić. Muzułmanie mają swoją Mekkę, ja mam swoją :-) Byłem we flagowym sklepie Apple w Nowym Jorku, byłem w tymże w podziemiach Luwru w Paryżu, wrażenie na mnie zrobił też Apple Store w Istambule i HongKongu. Każdy z nich ma oryginalną i ciekawą architekturę. Nie są to banalne sklepy z RTV. Jedyny taki sklep w Dubaju znajdował się w Emirates Mall, więc czekała mnie wizyta w kolejnej galerii handlowej. Miałem szczęście, bo akurat żegnano odchodzącego z pracy pracownika Apple Store. Na początku nie wiedziałem o co chodzi, bo nagle usłyszałem głośne brawa i okrzyki. Pomyślałem: Steve Jobs zmartwychwstał. Ale nie. To tylko załoga sklepu owacjami żegnała swojego kolegę. Robiło to bardzo pozytywne wrażenie. Mimo, że klienci na chwilę przestali być obsługiwani to nie widać było żeby im to przeszkadzało. Wprost przeciwnie. Również klaskali i się uśmiechali. Dobry przykład do naśladowania dla innych wielkich korporacji, że nie wymienię przynajmniej jednej z nazwy ;-) Po tym miłym akcencie poszedłem zobaczyć jak się w Dubaju zjeżdża na nartach. W tej samej galerii był sztuczny stok narciarski. Z wyciągiem krzesełkowym i orczykiem. A na dole plac zabaw dla dzieci. Mogły sobie ulepić bałwana lub porzucać się śnieżkami. Sweet :-P I tak ten dzień dobiegł końca. Po powrocie do domu zastałem już Anię w lepszej formie, więc sesja następnego dnia nie była zagrożona. Umówiliśmy się z nią, że zdjęcia robimy rano, żeby słońce nie stało zbyt wysoko. Godzina 9ta. Przemek popatrzył na Anię pełnym zwątpienia wzrokiem. No co? Nie wierzysz? Wstanę!! Zobaczysz!!

 

Rano obudziłem się o 8:30. Na kilka minut przed 9tą dostałem sms’a od Ani z sypialni obok, że Medinat czyli miejsce gdzie jedziemy robić foty jest otwarty dopiero od 10tej, więc nie ma sensu tak wcześniej wychodzić. Umawiamy się na 9:30. Oki! Gdy dochodziła 9:30 znowu dostałem na tel wiadomość z sypialni. O 9:45 będę stała już pod windą. Hahahaha. Skończyło się na tym, że wyszliśmy po 10tej ;-) Kobiety! Jadąc samochodem całą trójką do Medinatu mijaliśmy po lewej posiadłości sheikha Dubaju ciągnące się dobrych parę kilometrów. Ania opowiedziała mi historię jak to szejk ma żonę. Nie wiem czy jedyną czy jedną z kilku, ale ta żona strasznie lubi imprezować. Zabawowa dziewczyna po prostu. A przecież nie przystoi żonie szejka, wiceprezydenta ZEA, premiera rządu i Emira Dubaju w jednej osobie taki wstyd mu przynosić publicznie. Szejk Rashid znalazł jednak rozwiązanie tego delikatnego problemu. Jak na księcia naftowego przystało wybudował żonie wyspę na morzu i tam ją zamknął. Ma ona jednak do dyspozycji dwa luksusowe jachty, którymi może sobie sprowadzać gości na wyspę i dalej imprezować. Ale przynajmniej z dala od reporterów i świata :-) Bo po prostu nie przystoi :-) Usłyszałem też od Przemka inną historie, gdy rozmawialiśmy o dress codzie w Dubaju. Otóż młode dziewczyny, które muszą chodzić całe zakryte, nawet do szkoły, często wagarują. Uciekają z tych szkół, porzucają swe czarne szaty i spotykają się na randki z chłopakami w centrach handlowych!!!! Jak to?? No tak. Przez ściągnięcie hijabu stają się totalnie anonimowe. Przecież nikt nie wie jak naprawdę wyglądają, a tak wmieszane w tłum udają turystki. Hahaha. Anonimowość poprzez odsłonięcie twarzy!!! To tylko w kraju takim jak ZEA!

 

Po sesji pożegnałem się z moim gospodarzami i podziękowałem za gościnę. Musiałem jeszcze przed odlotem skoczyć na chwilę do Waldorf Astorii na tą sztuczną palmę na morzu, bo akurat tam dzień wcześniej zameldowała się moja znajoma modelka z Warszawy, która przyleciała z chłopakiem na tygodniowe wakacje. Sam fakt, że jeździłem sobie po tej palmie był już dla mnie wydarzeniem, więc miałem dobry humor. Z Amandą poskakaliśmy trochę po molo i plaży hotelowej. Zrobiłem kilka zdjęć i czas było ruszać na lotnisko. Następnego dnia rano miałem już być w totalnie innym świecie. Ale o tym w następnym odcinku :-)

Please reload

Podążaj za nami

I'm busy working on my blog posts. Watch this space!

Please reload

Wyszukaj wg tagów
Please reload

Archiwum
  • Facebook Basic Square
  • Twitter Basic Square
  • Google+ Basic Square